W chwilach takich jak ta, kiedy wszystko się komplikuje a w domu jest nerwowa atmosfera, jedynym odpowiednim dla mnie miejscem jest plaża. Tylko w naszym, czwartym dystrykcie ona jest, więc uważam to za zaszczyt. Kiedy byłem mały, razem z mamą przychodziliśmy tu wieczorami i siadaliśmy na brzegu. Wspomnienia tamtych chwil wciąż siedzą w mojej głowie. Nie potrafię wymazać z pamięci chwil, które tak mocno się mnie trzymają . Chwil, które były radością. Teraźniejszy bieg czasu nie pozwala na radość.
Biorę piach w dłonie. Piasek powoli sypie się z pomiędzy palców i opada obok moich stóp. Przechodzę kawałek plaży i w pewnym momencie przysiadam. Ręce opieram o kolana a nogi lekko rozchylam . Widok morza jest o tej porze roku piękny. Lazurowa, czysta, woda, bezchmurne niebo, latające ptaki i promienie słońca odbijające się w tafli wody. Jest pięknie.
Lekki wiatr rozwiewa mi włosy. Chcę uciec od rzeczywistości, od Kapitolu, od Igrzysk. Chcę prowadzić normalne życie bez obawy wylosowania na dożynkach. Jednak to niemożliwe.
Słońce parzy coraz mocniej. Robi się gorąco i parno. Jak zwykle w czwórce. Ściągam skarpetki i podwijam nogawki spodni. Powoli wstaję i idę w stronę wody. Chłodna woda podmywa mi kostki a z każdą kolejną falą coraz mocniej mnie moczy. Idę dalej, przed siebie i zatrzymuję się kiedy woda sięga mi do kolan. Wdycham ciepłe powietrze i rozkoszuję się chłodem wody.
Wychodząc z wody nabieram jej do rąk i moczę lekko włosy. Jest dopiero ranek a już tak gorąco. Wychodzę z wody i kieruję się na przeciwległe miejsce na plaży. Rosną tam palmy, pod którymi jest cień. Takie miejsce świetnie sprawdza się w taki upał. Dochodzę tam i opadam na ziemię. Opieram się o palmę i wyciągam przed siebie nogi. Głowę wygodnie opieram po czym zamykam oczy. Lubię takie chwilę. Mogę się rozluźnić, odstresować. Teraz nie obchodzą mnie Igrzyska. Liczy się tylko ta chwila.
Już prawie przysypiam kiedy słyszę czyjeś głosy. Dobiegają z niedużej odległości. To chyba krzyki, ponieważ słyszę wszystko dokładnie. Jakiś gruby, męski głos mówi, a raczej krzyczy coś o plaży. Energicznie odrywam głowę od drzewa, wstaję i się prostuję. Zmniejszają granice naszego dystryktu. Chcę uniemożliwić dostęp do plaży. Nie, to nie może być prawda. Plaża jest jednym z najbardziej wartościowych miejsc w naszym dystrykcie. Dla dużej liczby osób jest to jedyne źródło pożywienia.
Znów sprawy się komplikują. Muszę stąd uciec. Wychylam się pomiędzy drzewa aby zobaczyć gdzie są Strażnicy Pokoju. Są niedaleko ale na tyle żebym nie mógł uciec, więc mam szanse. Idę wolnym krokiem w głąb roślin. Tędy dojdę do drogi . Mijam pierwsze drzewo, drugie. Jednak na chwilę przystaję, ponieważ coś mnie nie pokoi. Ta cisza.
Próbuję się skupić i nasłuchiwać. Coś mi jednak przeszkadza. Ból w stopach. O boże, moje stopy ! Krzyczę w myślach kiedy na nie patrzę. Nadal są bose . Przez tą drogę całkiem się pokaleczyłem. Szybko zakładam na nie skarpetki. Muszę jak najszybciej być w domu. Nogi mnie pieką tak bardzo, że trudno mi iść ale kiedy nie skupiam się bólu to go nie czuję. To pomaga.
Teraz dopiero widzę, że tędy nie przejdę. Na całej powierzchni tego obszaru jest porośnięta kującymi roślinami i innymi rzeczami, po których nie przejdę. Jedyna przejście to plaża.
Wracam tam tak samo jak przyszedłem tutaj a kiedy jestem na pograniczu plaży i gąszczu rozglądam się wokół. Nikogo nie widzę. Dziwne. Rzucam się biegiem na lewo. To zupełnie inna strona niż ta, która tu przyszedłem ale z tamtej przyszli Strażnicy. Nie mam pojęcia gdzie teraz są.
Biegnę coraz dalej. Widzę już drogę jednak potykam się o coś i padam na ziemię. Po drodze robię fikołka a do buzi nabieram piachu. Dopiero kiedy leżę i wypluwam piach z ust, widzę, że mój upadek nie był kwestią przypadku. Nade mną stoi wysoki mężczyzna ale nie widzę jego twarzy, ponieważ jest w białych kombinezonie. Strażnik Pokoju. Łapie mnie za tył koszulki i podnosi na nogi. Ma dużo siły.
- No proszę. Taki ktoś jak ty przychodzi tutaj ? Wiesz, że od teraz to zabronione. A jeżeli to zabronione to
- Wiem co to znaczy . Puść mnie. - Przerywam mu z wyrzutami w głosie.
- Buntownik. - Jego głos brzmi grubo i twardo. Kiedy to mówi czuję, że się uśmiecha.
Łapie mnie od tyłu za ręce i przytrzymuje. Kiedyś w szkole uczyli nas samoobrony. Wcale nie trzeba być silnym aby pokonać przeciwnika. Trzeba wykorzystać jego siłę.
Przeciągam prawą rękę po osi mojego ciała. Jest luźna więc zamachuję się i łokciem trafiam mu w głowę. Wykorzystuję jego zaskoczenie i kopię go w brzuch w kolana. Zgina się wpół i opada na kolana. Jakby tego było mało kątem oka widzę, że biegnie do mnie drugi Strażnik Pokoju. Rzucam się pędem w stronę drogi. Jednak on jest szybszy. Wiem, że jest już blisko i nie mam szans uciec. Odwracam się w momencie kiedy jego ręka zmierza w kierunku mojej twarzy. Zniżam się a jego ręka przeczesuje powietrze kilkanaście centymetrów nad moją głową. Kolejny raz zamachuje się ręką . Łapię go za nadgarstek jedną ręką a drugą za łokieć. Przesuwam jego masę ciała przede mnie a on pada na ziemię. Widzę, że ten drugi Strażnik podnosi się z kolan . Puszczam dłoń Strażnika i biegnę dalej. Za chwilę podniosą się z ziemi i mnie złapią, więc muszę uciekać. Próbuję użyć wszystkich swoich mięśni żeby szybciej biec. Potrzebuję odpoczynku.
Dobiegam wreszcie do drogi. Jest do połowy przysypana piachem. Przez kilka sekund próbuję złapać oddech i biegnę dalej. Nie ma tu dużo domów ale jeszcze kilkanaście metrów i będzie ich więcej. A co za tym idzie, więcej ludzi. Bezpieczeństwo. Nadal pędzę . Kieruję się w lewo, do domu.
Dobra, mogę się już zatrzymać. Ludzie gapią się na mnie jak na idiotę. Strażnicy mnie raczej już nie znajdą. Mijam kilka ulic, kilkanaście domów, ogródków i jestem na ulicy prowadzącej do Wioski Zwycięzców. Po jednej stronie drogi rosną drzewa, po drugiej ciągnie się rów. Za rowem park. Nie duży ale małe dzieci często tam się bawiły. Teraz nikogo tam nie ma, co mnie dziwi. Coś się dzieje ale nie wiem co. Na ulicy nie spotkałem żadnego człowieka. Wszyscy byli w domach i patrzyli się na mnie tak dziwnie, że coś musi się dziać.
W zamyśleniu dochodzę do domu. Dwanaście identycznych domków ciągnie się przede mną. Pierwszy z prawej to mój dom. Ale kiedy tylko wchodzę do środka moja mama zrywa się z kanapy, łapie mnie za ramię i prowadzi do stołu. Siadam na krześle i opieram ręce o blat.
- Co jest ? - Pytam z niecierpliwością.
- Czy ty oszalałeś ? Nie wiesz co ogłosili dziś rano ? Nie wolno wychodzić z domu. Co ty zrobiłeś ? - Prawie krzyczy. To by tłumaczyło ten cały przebieg spraw.
Hej, hej, hej!
OdpowiedzUsuńWszystko byłoby okey, gdybyś nie powtarzał wyrazów, bo wychodzi takie "masło maślane". Np.bodajże sześciokrotnie użyłeś słowa "woda" w dwóch akapitach.
Jeżeli brakuje Ci pomysłów na to, jak zastąpić dane słowo to polecam słownik synonimów. Sama też z niego korzystałam. ;)
Myślę, że powinieneś przeczytać jeszcze raz to, co napisałeś zanim opublikujesz, wtedy wyeliminujesz niektóre błędy.
Ale... Bardzo mi się podoba opis walki Jonathan'a ze Strażnikami Pokoju. Świetne ;D
Życzę weny, zapraszam do przeczytania moich wypocin (Byłam) i pozdrawiam, T.C.O.
dziękuję ;> Fajnie, że ci się podoba.. Bardzo staram się pisać dobrze ;] Myślę, że z czasem będzie mi szło coraz lepiej ;D
UsuńSporo pwóterzeni ale i tak to się nie równa do MOJEJ ortografii ;D
OdpowiedzUsuńRozdział jak zwykle świetny. Kiedy nastepny, tylko bez masła maślanego plisss :D
Weny :}
dzięki ;] nie wiem kiedy następny rozdział bo mam zalatane dni ale jak najszybciej ;D
UsuńHej,
OdpowiedzUsuńbardzo fajny rozdział :) Ciekawie napisany, chociaż było kilka powtórzeń :P Ale nie podoba mi się zakończenie rozdziału w takim momencie :)
Weny
~Kam
Rozdział naprawdę fajny. Cały blog fajny. Pisz dalsze rozdziały bo nie mogę się doczekać. Naprawdę świetnie piszesz ;]
OdpowiedzUsuń