piątek, 13 września 2013

Rozdział II

6 komentarzy:
W chwilach takich jak ta, kiedy wszystko się komplikuje a w domu jest nerwowa atmosfera, jedynym odpowiednim dla mnie miejscem jest plaża. Tylko w naszym, czwartym dystrykcie ona jest, więc uważam to za zaszczyt. Kiedy byłem mały, razem z mamą przychodziliśmy tu wieczorami i siadaliśmy na brzegu. Wspomnienia tamtych chwil wciąż siedzą w mojej głowie. Nie potrafię wymazać z pamięci chwil, które tak mocno się mnie trzymają . Chwil, które były radością. Teraźniejszy bieg czasu nie pozwala na radość.
  Biorę piach w dłonie. Piasek powoli sypie się z pomiędzy palców i opada obok moich stóp. Przechodzę kawałek plaży i w pewnym momencie przysiadam. Ręce opieram o kolana a nogi lekko rozchylam . Widok morza jest o tej porze roku piękny. Lazurowa, czysta, woda, bezchmurne niebo, latające ptaki i promienie słońca odbijające się w tafli wody. Jest pięknie.
  Lekki wiatr rozwiewa mi włosy. Chcę uciec od rzeczywistości, od Kapitolu, od Igrzysk. Chcę prowadzić normalne życie bez obawy wylosowania na dożynkach. Jednak to niemożliwe.
  Słońce parzy coraz mocniej. Robi się gorąco i parno. Jak zwykle w czwórce. Ściągam skarpetki i podwijam nogawki spodni. Powoli wstaję i idę w stronę wody. Chłodna woda podmywa mi kostki a z każdą kolejną falą coraz mocniej mnie moczy. Idę dalej, przed siebie i zatrzymuję się kiedy woda sięga mi do kolan. Wdycham ciepłe powietrze i rozkoszuję się chłodem wody.
  Wychodząc z wody nabieram jej do rąk i moczę lekko włosy. Jest dopiero ranek a już tak gorąco. Wychodzę z wody i kieruję się na przeciwległe miejsce na plaży. Rosną tam palmy, pod którymi jest cień. Takie miejsce świetnie sprawdza się w taki upał. Dochodzę tam i opadam na ziemię. Opieram się o palmę i wyciągam przed siebie nogi. Głowę wygodnie opieram po czym zamykam oczy. Lubię takie chwilę. Mogę się rozluźnić, odstresować. Teraz nie obchodzą mnie Igrzyska. Liczy się tylko ta chwila.
 Już prawie przysypiam kiedy słyszę czyjeś głosy. Dobiegają z niedużej odległości. To chyba krzyki, ponieważ słyszę wszystko dokładnie. Jakiś gruby, męski głos mówi, a raczej krzyczy coś o plaży. Energicznie odrywam głowę od drzewa, wstaję i się prostuję. Zmniejszają granice naszego dystryktu. Chcę uniemożliwić dostęp do plaży. Nie, to nie może być prawda. Plaża jest jednym z najbardziej wartościowych miejsc w naszym dystrykcie. Dla dużej liczby osób jest to jedyne źródło pożywienia.
  Znów sprawy się komplikują. Muszę stąd uciec. Wychylam się pomiędzy drzewa aby zobaczyć gdzie są Strażnicy Pokoju. Są niedaleko ale na tyle żebym nie mógł uciec, więc mam szanse. Idę wolnym krokiem w głąb roślin. Tędy dojdę do drogi . Mijam pierwsze drzewo, drugie. Jednak na chwilę przystaję, ponieważ coś mnie nie pokoi. Ta cisza.
 Próbuję się skupić i nasłuchiwać. Coś mi jednak przeszkadza. Ból w stopach. O boże, moje stopy ! Krzyczę w myślach kiedy na nie patrzę. Nadal są bose . Przez tą drogę całkiem się pokaleczyłem. Szybko zakładam na nie skarpetki. Muszę jak najszybciej być w domu. Nogi mnie pieką tak bardzo, że trudno mi iść ale kiedy nie skupiam się bólu to go nie czuję. To pomaga.
  Teraz dopiero widzę, że tędy nie przejdę.  Na całej powierzchni tego obszaru jest porośnięta kującymi roślinami i innymi rzeczami, po których nie przejdę. Jedyna przejście to plaża.
 Wracam tam tak samo jak przyszedłem tutaj a kiedy jestem na pograniczu plaży i gąszczu rozglądam się wokół. Nikogo nie widzę. Dziwne. Rzucam się biegiem na lewo. To zupełnie inna strona niż ta, która tu przyszedłem ale z tamtej przyszli Strażnicy. Nie mam pojęcia gdzie teraz są.
 Biegnę coraz dalej. Widzę już drogę jednak potykam się o coś i padam na ziemię. Po drodze robię fikołka a do buzi nabieram piachu. Dopiero kiedy leżę i wypluwam piach z ust, widzę, że mój upadek nie był kwestią przypadku. Nade mną stoi wysoki mężczyzna ale nie widzę jego twarzy, ponieważ jest w białych kombinezonie. Strażnik Pokoju. Łapie mnie za tył koszulki i podnosi na nogi. Ma dużo siły.
- No proszę. Taki ktoś jak ty przychodzi tutaj ? Wiesz, że od teraz to zabronione. A jeżeli to zabronione to
- Wiem co to znaczy . Puść mnie. - Przerywam mu z wyrzutami w głosie.
- Buntownik. - Jego głos brzmi grubo i twardo. Kiedy to mówi czuję, że się uśmiecha.
Łapie mnie od tyłu za ręce i przytrzymuje. Kiedyś w szkole uczyli nas samoobrony. Wcale nie trzeba być silnym aby pokonać przeciwnika. Trzeba wykorzystać jego siłę.
  Przeciągam prawą rękę po osi mojego ciała. Jest luźna więc zamachuję się i łokciem trafiam mu w głowę. Wykorzystuję jego zaskoczenie i kopię go w brzuch w kolana. Zgina się wpół i opada na kolana. Jakby tego było mało kątem oka widzę, że biegnie do mnie drugi Strażnik Pokoju. Rzucam się pędem w stronę drogi. Jednak on jest szybszy. Wiem, że jest już blisko i nie mam szans uciec. Odwracam się w momencie kiedy jego ręka zmierza w kierunku mojej twarzy. Zniżam się a jego ręka przeczesuje powietrze kilkanaście centymetrów nad moją głową. Kolejny raz zamachuje się ręką . Łapię go za nadgarstek jedną ręką a drugą za łokieć. Przesuwam jego masę ciała przede mnie a on pada na ziemię. Widzę, że ten drugi Strażnik podnosi się z kolan . Puszczam dłoń Strażnika i biegnę dalej. Za chwilę podniosą się z ziemi i mnie złapią, więc muszę uciekać. Próbuję użyć wszystkich swoich mięśni żeby szybciej biec. Potrzebuję odpoczynku.
  Dobiegam wreszcie do drogi. Jest do połowy przysypana piachem. Przez kilka sekund próbuję złapać oddech i biegnę dalej. Nie ma tu dużo domów ale jeszcze kilkanaście metrów i będzie ich więcej. A co za tym idzie, więcej ludzi. Bezpieczeństwo. Nadal pędzę . Kieruję się w lewo, do domu.
Dobra, mogę się już zatrzymać. Ludzie gapią się na mnie jak na idiotę. Strażnicy mnie raczej już nie znajdą. Mijam kilka ulic, kilkanaście domów, ogródków i jestem na ulicy prowadzącej do Wioski Zwycięzców. Po jednej stronie drogi rosną drzewa, po drugiej ciągnie się rów. Za rowem park. Nie duży ale małe dzieci często tam się bawiły. Teraz nikogo tam nie ma, co mnie dziwi. Coś się dzieje ale nie wiem co. Na ulicy nie spotkałem żadnego człowieka. Wszyscy byli w domach i patrzyli się na mnie tak dziwnie, że coś musi się dziać.
  W zamyśleniu dochodzę do domu. Dwanaście identycznych domków ciągnie się przede mną. Pierwszy z prawej to mój dom. Ale kiedy tylko wchodzę do środka moja mama zrywa się z kanapy, łapie mnie za ramię i prowadzi do stołu. Siadam na krześle i opieram ręce o blat.
- Co jest ? - Pytam z niecierpliwością.
- Czy ty oszalałeś ? Nie wiesz co ogłosili dziś rano ? Nie wolno wychodzić z domu. Co ty zrobiłeś ? - Prawie krzyczy. To by tłumaczyło ten cały przebieg spraw.

sobota, 7 września 2013

Rozdział I

14 komentarzy:
Budzę się z krzykiem. Cichym krzykiem, który bardziej podchodzi pod pisk. Cichy i zduszony. Siadam na łóżku i dotykam zewnętrzną stroną dłoni czoło. Jest ciepłe. To już drugi tydzień od kiedy nie mogę spać. Igrzyska stale budzą się w mojej głowie i wywołują koszmary. Często oglądałem z mamą powtórki z innych Igrzysk. To co tam było to koszmar. Nie chcę tego przechodzić. Boję się tego co będzie jutro. Boję się dożynek.
 Patrzę na zegarek stojący na komodzie. Jest po siódmej. Nie usnę już, więc wstaję. Zrzucam z siebie kołdrę i wkładam skarpetki. Podchodzę do okna żeby podciągnąć roletę a kiedy ją otwieram zauważam ludzi niedaleko mojego domu. To strażnicy pokoju. Nie wiem co tu robią bo rzadko zbliżają się do Wioski Zwycięzców, gdzie mieszkamy. To dzięki tacie, Finnickowi. Żałuję, że nie żyje. Tęsknię. 
  Już wiem co oni robią. Budują nową Wioskę Zwycięzców. Ten widok przepełnia mnie bólem. Coraz mocniej ściska mnie bok. Opadam na ziemię, na biały dywan pod oknem. Moje życie właśnie się wali i nic nie mogę z tym zrobić. Za kilka dni większość osób, na których mi zależy zginie. Zginie na arenie i to właśnie ten fakt nie daje mi żyć. Próbuję nie płakać ale łzy same cisną się do oczu. Wiem, że nie tego ludzie by się spodziewali po synu bohatera. Ale ja nie jestem jak mój ojciec. On nie bałby się powrotu na arenę. Był tam dwa razy. 
  Z bólem głowy podnoszę się na nogi. Podpieram się jedną ręką o biurko i idę dalej. Kilka kroków i jestem z powrotem przy łóżku. Zrzucam całą piżamę i jestem w samych bokserkach. Wyciągam z szafy obok niebieskie dżinsy i biały podkoszulek na ramiączka. Wciskam spodnie, potem koszulkę. Włosy zostawiam w nieładzie. Wychodząc z pokoju zatrzaskuję drzwi i idę korytarzem do schodów. Korytarz jest długi jak na taki dom. Wszystkie ściany są białe, na niektórych wiszą tylko stare fotografie. Jednak na ścianie obok sypialni mamy jest coś innego. Obraz namalowany na płótnie. Przedstawia jakąś kobietę. Obraz jest od Peety. Dawno temu, około rok po rebelii przyjechał do nas. To dzięki jego żonie, Katniss rebelia się zaczęła. Zaczęła się na jej Igrzyskach kiedy uratowała drugiego trybuta, Peetę. Oglądałem te Igrzyska dużo razy. Mama mówiła, że mój ojciec przyjaźnił się z nimi. Kiedyś nawet uratował życie Peecie.
  Odwracam wzrok od obrazu. Zbyt dużo wspomnień związanych z nim kumuluje się w mojej głowie. Ktoś z ich rodziny pojedzie z powrotem na Igrzyska. Nie chcę o tym myśleć. Nie potrafię.
 Schody są długie, prowadzą na niższe piętro. Schodzę po nich a one cicho skrzypią. Prawie niezauważalnie. Jestem w kuchni. Widzę mamę. Siedzi przy stole, dopija kawę. Jej, ciemne włosy sterczą na wszystkie strony. Ma ten sam problem. Widzę, że się denerwuje tym co przyniosą kolejne dni. Z pewnością nic dobrego.
  Odsuwam krzesło obok niej i siadam . Patrzę na nią. Nikt się nie odzywa.
- Śniadanie gotowe czy mam zrobić ? - Chcę naprowadzić jakiś inny temat.
Zero reakcji. Siedzi sztywno i wpatruje się w ścianę naprzeciwko.
- Odpowiesz ? - Pytam z frustracją.  Nie odpowiada.
- Ty nie rozumiesz - Prawie krzyczę - Nie wybiorą cię, mnie też nie. Będzie dobrze. - Teraz krzyczę.
Odwracam się do blatu i łapię szklankę w ręce.
- Zostaniemy tutaj. W domu. - Odwracam się energicznie - Odpowiedz mi ! Przynajmniej na mnie popatrz !
Ciskam szklanką o podłogę a ona z brzękiem się roztłukuje. Nadal zero reakcji ze strony matki.
Idę w stronę drzwi. W progu się odwracam.
- Tak samo było kiedy wróciłaś ze swoich Igrzysk, prawda ? - Krzyczę a oczy mi się nawilżają. - Tak samo było z moim ojcem. Mógł przeżyć. Gdybyś chciała. - Rzucam jej kiedy wychodzę z domu. Wiem jednak, że to co mówię jest bez sensu. Nie mogła go uratować. Nikt nie mógł. Tak samo będzie ze mną kiedy Kapitol wyśle mnie na Igrzyska. 

czwartek, 5 września 2013

Prolog.

9 komentarzy:
Rebelia. Wszystkie dystrykty zbuntowały się przeciwko Kapitolowi. Skończyła się sukcesem ponieważ rebelianci obalili Kapitol. Było piętnaście lat spokoju. Lat bez obawy o kolejny dzień a co najważniejsze bez obaw o Głodowe Igrzyska. Zostały wycofane po tym jak prezydent Snow został zabity.
  Po tych pięknych dziesięciu latach wszystko zaczęło się komplikować. Władzę nad Kapitolem i dystryktami objęła Milian Snow, wnuczka prezydenta Snowa. Nawet nie wiem jak to się stało. Ogłosili to jakieś dwa tygodnie temu i od tego czasu życie się zmieniło . Głodowe Igrzyska znów są aktualne lecz to nie są zwykłe Igrzyska. Trybutów losować będą z puli osób, które brały udział w rebelii. W tym mnie, Jonathana Odair'a. Syna Annie i Finnicka.